03/20/2012, Portobelo
Dlugo nie pisalismy, ale coz, zycie przelewa sie nam ostatnio, jak wartki strumien. Poniewaz Paname i Colombie dzieli dwiescie mil z okladem, tropikalnej dzungli, gdzie wedlug oficjalnych notowan ginie 98%, czyli srednio 70-80 osob rocznie. ktore z odwagi, czy tez z glupoty (czasem niewielka roznica) probuja ja przebyc, wiekszosc podroznikow wybiera przeleciec nad nia, lub przeplynac z Panamy do Kolumbii, (czy tez odwrotnie) z postojem na uroczych, rafowych wyspach San Blas. I w tym momencie pojawia sie, jak zreszta wiele innych (choc nie rownie doskonalych) jacht Luka. Zabieramy "bakpakersow" podroznikow, ktorzy targaja z soba tymczasowy dobytek na grzbiecie, w plecakach, i przewozimy ich bokiem dzungli w jedna lub druga strone. Luka potrzebuje wielu nowych rzeczy, a prawie kazda z nich kupowana na oceaniczny jacht, kosztuje NAJMNIEJ TYSIAC DOLAROW. Pozostajemy jak dotad we wzajemnej symbiozie. Przewijaja sie przez Luke rozni ludzie, rozne nacje, im wiecej sie ich tu przewija, tym latwiej jest dojsc do wniosku, ze narodowosc ma znaczenie drugorzedne...
|
|
Zaczynalem sie denerwowac.
11/15/2011, Portobelo
W zwiazku z tym ze nasze laptopy zakonczyly swoje zywota, ( w jednym siadla klawiatura i monitor, drugi zbuntowal sie calkowicie) i dostep do komputerow mamy tylko w kafejkach internetowych, nastapila dosc dluga przerwa w naszch relacjach. Nowe komputery juz zamowione, przesylka ze Stanow powinna dotrzec w grudniu, i wtedy ozywimy ta strone.
Pozdrawiamy serdecznie.
|
|
cieszę się, że to "tylko" komputery padły. Bo taki długi okres bez żadnych wieści, był powodem różnych małociekawych domysłów, co do powodów ciszy "w eterze".
Pozdrawiam, Artur
Co u Was słychać? co z komputerami? żyjecie? Dajcie znać, choć krótkim info, że u Was wszystko jest OK! Pozdrawiam.
Pozdrawiam zza biurka.....
08/10/2011, Portobelo
Zaplanowalismy sobie male wakacje, troche zmeczeni juz tymi czarterami, postanowilismy poplynac na pare dni odpoczac na San Blas. Przylecial 12 letni bratanek Tomka z Ilawy - Michal, zaprosilismy panamska Polonie, miala tez przyleciec moja dobra kolezanka z Florydy i poplynac z nami. Wyjechalam wiec po Bogusie na lotnisko, najpierwym godzine autobusem do Colon, pozniej 2 godziny autobusem do Panamy, i kiedy wsiadlam do trzeciego, ostatniego juz autobusu, ktory mial mnie dowiezc na lotnisko, zadzwonil moj kapitan: Beata dojechalas juz na lotnisko? Bo jesli jeszcze nie, to nie musisz juz na nie jechac... Okazalo sie ze maz mojej kolezanki kupil jej bilet na internecie... po drinku. I dziewczyna poleciala z Fort Myers na Florydzie, do Panama City... ale nie w Panamie tylko rowniez na Florydzie, tyle ze przez... Atlante. Tomek, znajac temperament Bogusi stwierdzil, ze nie chcialby byc w skorze jej meza... dziewczyna skrupulatnie zaplanowala wolne z pracy, nastawila sie na slonce i szafirowa wode Karaibow, i przeleciala sie z Florydy... na Floryde. Biedny Bogdan, pewnie lekko nie mial gdy wkurzona zona wrocila do domu "z wakacji"...
W ostatniej chwili zglosila sie do nas para z Holandii, mlode malzenstwo, z dzieckiem w drodze, ktorzy chcieliby przeplynac sie tylko na San Blas. Umowilismy sie wiec z nimi w Hostelu Captain's Jack, aby omowic szczegoly. Po drodze zasugerowalam Tomkowi i Michalowi by pojsc obejrzec malpke. Wlasciciele malpy mieszkaja tuz przy kosciele w Portobelo, i przypinaja ja codziennie na lancuchu przed domem. Gdy sie tam zjawilismy malpa natychmiast zlapala sie Tomka lapkami, oplotla go w pasie dlugim ogonem, i... wspiela sie Tomkowi na szyje... po czym za zadne skarby nie chciala sie z nim rozstac... Tomek przez dobre pol godziny probowal ja z siebie sciagnac, ale malpka obejmowala go wtedy jeszcze mocniej lapami i oplatala dlugim ogonem, wszedzie gdzie sie dalo. Wlasciciele malpy rowniez probowali ja przekupic jablkiem, bananem, ciastkiem i coca-cola, ale nic to nie dalo. Malpka przylgnela do Tomka na dobre. Bylismy juz porzadnie spoznieni na spotkanie z holenderskimi turystami, wiec Tomek zasugerowal zeby wlasciciele odpieli malpe z lancucha, i ze zabierzemy ja ze soba i pozniej przyniesiemy z powrotem. Przez nastepne dwie godziny Tomek paradowal po Portobelo z malpa uwieszona na szyji... Malpka widocznie potrzebowala kapitanskiej czulosci:-))
|
|
Kamilkowi tez sie podobala. Przesylamy pozdrowienia wraz z mama.
08/05/2011, Cartagena
Dzien po rejsie odwiedzil nas Janusz z synami, ktorym Tomek obiecal wytlumaczyc na spokojnie zasady dzialania elektroniki jachtowej. Podczas kiedy Tomek objasnial mlodym zeglarzom tajniki zeglarstwa i elektroniki, Janusz na pokladzie z lornetka w dloniach rozgladal sie po okolicy. W pewnym momencie na jednej z lodek zauwazyl... polska bandere. Podplynelismy do granatowej lodki... patrzymy... a tu na burcie: YOUYOU ! Co za radosc, nasi starzy internetowi znajomi zeglarze; Patrycja i Mikolaj sa w Cartagenie:-) Okazalo sie ze Patrycja akurat poleciala do Polski, ale Mikolaj przywital nas szerokim usmiechem. No i oczywiscie umowilismy sie z Mikolajem na wieczor na Luce, ktory wypadl super. Najpierw byl polski obiad, oczywiscie schaboszczaki, a pozniej rum i pogaduchy do pozna w nocy...
Mikolaj, jest dokladnie taki sam "na zywo" jak i "przez internet", grzeczny, mily i bardzo uprzejmy, mielismy bardzo malo czasu aby przygotowac lodke do nastepnego rejsu, a musielismy wyplynac, poniewaz za pare dni mial przyleciec z Polski do Panamy 12-letni bratanek Tomka, no i bezwzglednie musielimy odebrac go z lotniska. Mikolaj mimo ze pracy na YouYou mu wcale nie brakowalo, zaoferowal nam swoj czas i pomoc w przygotowaniu Luki do rejsu. Razem z Markiem wzieli sie ostro do pracy, i w ciagu jednego dnia Luka byla gotowa. Mozna bylo wyplywac... pojawil sie tylko jeden maly problem ... brak chetnych... Myslelismy ze bedziemy wracac tylko z 5 ludzi na pokladzie, ruch turystyczny jakos zmalal, jachty staly, obnizaly ceny i czekaly na "plecakowcow", a tu puchy... Wieczorem wyszlismy z Tomkiem do miasta zbadac sytuacje. Moj kapitan w ciagu godziny zbajerowal szostke mlodych ludzi i okazalo sie ze do Portobelo wracamy z "pelnym ladunkiem" :-) Ludzie byli sympatyczni, moze za wyjatkiem jednej pary, oboje plci meskiej z Hiszpanii, ktorzy codziennie, uporczywie domagali sie prysznicow. Na nic zdawaly sie tlumaczenia ze prysznic podczas tych rejsow zarezerwowany jest tylko dla plci zenskiej, slodka woda na jachcie jest na wage zlota...
W koncu zrezygnowany kapitan oswiadczyl: ok, jesli oficjalnie, przy wszystkich nazwiecie sie "cipeczkami" bedziecie mogli wziasc krotki 90 secundowy prysznic. Para z Hiszpanii, co wieczor ochoczo wykrzykiwala na pokladzie "jestem cipa", "jestem cipka"...
|
|



